niedziela, 1 września 2013

1.

Ben's p.o.v.

- Do chuja, Dean czy ty siebie słyszysz? Żartujesz sobie? - nerwowo krzyczałem do słuchawki swojego telefonu. - Nie będę grać w popowym zespole! Było tak zajebiście, mieliśmy naprawdę dobre, mocne rockowe piosenki, a ty chcesz teraz grać pop?
- Jak chcesz to odejdź, droga wolna – usłyszałem głos mojego przyjaciela po drugiej stronie. - Teraz jest większy popyt na taką muzykę, a ja mam zamiar to wykorzystać. Nie leży ci to? Proszę bardzo, znajdziemy kogoś innego na twoje miejsce, Ben.
Moje palce mocniej zacisnęły się na telefonie, aż mnie zabolało. Miałem ochotę rzucić nim o ścianę. Przy okazji tym dupkiem, Deanem też. Łasy na komercyjne gówno skurwiel.
- Wiesz co? Pierdolę ciebie i twój zespół. Odchodzę – warknąłem przez zaciśnięte zęby i rozłączyłem się.
Pięknie, zostałem bez środków do życia i bez gitary, która została w naszej sali prób. Czy może być jeszcze gorzej? Proszę tylko żeby w lodówce była ta butelka z Whisky.
Wstałem z materaca, który aktualnie służył mi za łóżko w tej nędznej kawalerce w Londynie i poszedłem do kuchni. Otworzyłem lodówkę. Świeciła pustkami. Kurwa, świetnie.
Boże, chociaż nie istniejesz i w ciebie nie wierzę, to cię nienawidzę.
Trzeba będzie iść do sklepu. Kupię jakąś tanią wódkę, upiję się, chwilowo zapomnę o tym wszystkim i dopiero jutro zacznę się martwić o jakąś pracę.
Nałożyłem na siebie jakieś podarte jeansy, chwyciłem za portfel i wyszedłem z mieszkania. Oczywiście zamknąłem drzwi.
Zaciśnięte z nerwów pięści wcisnąłem do kieszeni i skierowałem się do małego sklepu, który był niedaleko mnie.
- Dzień dobry – mruknąłem pod nosem do kasjerki przy kasie i stanąłem przed półką z alkoholami.
Przejechałem wzrokiem po cenach. Miałem przy sobie ostatnie pięć funtów, a pieprzona butelka wódki za tą cenę była akurat na najwyższej półce. Czy ja do chuja miałem na imię Pech?
Stanąłem na palcach i próbowałem sięgnąć. Opuszki moich palców jedynie muskały butelkę.
Nienawidzę mojego wzrostu. Naprawdę nie wymagam dużo. Chcę tylko tą pieprzoną wódkę!
Nagle dłoń ze smukłymi palcami zgarnęły mój skarb sprzed nosa.
- Ej, chciałem to... - naskoczyłem na tego kogoś, ale nagle zabrakło mi słów. - Cameron! - krzyknąłem ucieszony i rzuciłem mu się na szyję. Przyjaciel poklepał mnie po plecach, a ja odsunąłem się od niego, a ten wcisnął mi butelkę w dłoń. - Och, dzięki – odparłem onieśmielony.
-Cześć, Ben – przywitał się w końcu. - Jak tam?
Trafił w czuły punkt. Mnie nie pyta się 'jak tam', bo dostaję słowotoku.
-Cóż, aktualnie to jest słabo. Odszedłem z zespołu, bo nagle zachciało im się nagrywać szmirowatego popu, a sam spójrz na mnie. Czy ja wyglądam na kogoś kto gra pop? - Cameron pokręcił przecząco głową. - No właśnie. To było moje jedyne źródło utrzymania.
Cameron wykrzywił usta w współczującym uśmiechu.
-A jak tam twój zespół? Bo kiedy ostatnio się widzieliśmy, to coś wspominałeś... - zmieniłem szybko temat i pozwoliłem mu w końcu dojść do głosu. I wtedy wyraz jego twarzy zrzedł.
-No tak, ale teraz sprawy się trochę popieprzyły. Danny, nasz wokalista wyrzucił jednego z gitarzystów i zostaliśmy na lodzie – wzruszył smutno ramionami i spuścił wzrok. - Także nie jest za wesoło, ale szukamy nowego. Może weźmiesz udział w castingu? - zaoferował nieśmiało.
Spojrzałem na niego z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Cameron – powiedziałem. - Ratujesz mi dupę.
Potem jeszcze chwilę porozmawialiśmy, wymieniliśmy się numerami telefonów i objaśnił mi kiedy jest casting i jak na niego dojechać.
Wróciłem do domu z nadzieją, że wszystko się ułoży, ale bez butelki wódki.

~

Obudził mnie dźwięk telefonu. Jeszcze lekko zamroczony wymacałem go i odebrałem.
- Ben, gdzie ty jesteś? Casting już trwa - to Cameron. W tle słyszałem dosyć słabe granie.
- A... Ale która godzina?
- No nie wiem, tak jakby jebana trzynasta. Zbieraj tą swoją dupę i przyjeżdżaj.
- Ale Cam... Ja nie mam gitary. Zostawiłem ją w studiu.
- Nie ma sprawy, pożyczę ci swoją.
-Cały czas ratujesz mi dupę. Dzięki, stary.
-Nie ma za co. A teraz się ogarnij. Znasz adres - po tych słowach się rozłączył. Wstałem, narzuciłem na siebie pierwsze lepsze ciuchy i wyszedłem z mieszkania. Stwierdziłem, że najłatwiej będzie mi tam dojechać metrem. Poszedłem na najbliższą stację i kupiłem bilet. Metro przyjechało po pięciu minutach. Było pełne. Zajebiście. Wsiadłem do niego, a po chwili ruszyło. Skąd tu tyle ludzi w tym mieście? Ja pierdolę, uduszę się tu zaraz. Na szczęście moja podróż nie trwała długo i już po dziesięciu minutach uwolniłem się od ścisku i zapachu potu. Zerknąłem w telefon, gdzie miałem zapisany adres. Wszedłem po schodach na górę i się rozejrzałem. Baker Street 169. Gdzie to może być? Nagle zauważyłem magazyn i ruszyłem w jego stronę. 169. Jak byk. Niepewnie tam wszedłem. Zobaczyłem z tuzin facetów z gitarami. Niektórzy ćwiczyli jakieś solówki i muszę przyznać, że kilkoro z nich było całkiem nieźli w tym. Oczywiście znaleźli się też i tacy, co ledwo ogarniali co się dzieje.
Stanąłem gdzieś pod ścianą, oparłem się o nią plecami i wyciągnąłem z kieszeni pomiętą paczkę papierosów. Odpaliłem jednego i zacząłem obserwować tych którzy byli przede mną. Nie wiem czy powinienem mówić tak o facetach, ale kilku z nich było seksownych.
Kurwa, poczułem jak się rumienię i zaczyna robić mi się gorąco. Mam dwadzieścia trzy lat i nadal tego nie robiłem. Oczywiście miałem kilka ostrych akcji z kobietami, ale to mnie nie zadowalało. To po prostu nie było to. A sam nawet nie wiedziałem czego chcę. Zostaję przy myśli, że mam na to wszystko całe życie i niech tak będzie.
Kiedy wypaliłem papierosa do połowy, kątek oka zauważyłem zmierzającego ku mnie Camerona, który trzymał za gryf gitarę.
-Trzymaj. Zmieniłem struny z lewych na prawe, bo jestem leworęczny, więc z gitarą wszystko spoko – powiedział i chwyciłem gitarę. - Przesłuchamy tych kilku pierwszych i cię zawołam.
Skinąłem jedynie głową, a Cam wrócił skąd przyszedł, a ja zacząłem coś ćwiczyć. Przeważnie samą klasykę, najbardziej znane kawałki.
Z czasem, faceci którzy czekali na przesłuchanie powoli znikali, a ja czekałem na Camerona, który wychylił się z drzwi chwilę później.
-Wchodzisz, Ben – powiedział i puścił mi oczko.
Powoli poszedłem za nim i stanąłem przed czwórką facetów o znudzonych wyrazach twarzy.
Szybko obleciałem ich wzrokiem. Jeden w krótkich włosach i o umięśnionych ramionach. Pewnie perkusista. Obok niego siedział jakiś karzełek. Dalej Cameron, a na końcu... Ktoś, na kogo widok ugięły się pode mną nogi. Ciemne przydługie włosy, zarost, piękne oczy... Był kurewsko pociągający. Spojrzał na mnie i lekko się uśmiechnął. Na moją twarz wstąpił lekki rumieniec. Nieznajomy wykrzywił ironicznie wargi i dalej mi się przyglądał. Stałem tak jak wryty i nie wiedziałem co ze sobą zrobić.
-No? - odezwał się on ponaglająco. - Grasz czy podziwiasz? - powiedział ironicznie, a jego głos był chłodny prawie jak jego wyraz twarzy.
Ocknąłem się, wyjąkałem ciche przeprosiny i spuściłem wzrok na gitarę. Ułożyłem palce na progach, a druga dłoń już wiedziała co robić. Nawet nie musiałem się zbytnio skupiać na tym co robię, bo wiem, że jestem dobry. Muzyka była w moim życiu od zawsze, kochałem ją, dla niej porzuciłem szkołę z nadzieją na sukces.
Przygryzłem lekko wargę po stronie gdzie miałem dwa kolczyki. Nie wiem czemu, ale zawsze to pomagało mi się uspokoić. Przymknąłem oczy i oddałem się grze.
Kiedy skończyłem, bałem się podnieść na nich wzrok. Mogli być niezadowoleni albo mój styl gry mógł się im nie podobać.
-O kurwa - usłyszałem Camerona.
-Tak, zdecydowanie o kurwa - powiedział ten niski.
Byłem zdezorientowany. Nie mogli wyrazić się prościej?
Niepewnie podniosłem wzrok. Wpatrywali się we mnie jakby zahipnotyzowani. Nie odezwałem się. Po chwili odezwał się przystojniak.
- Bierzemy cię.
- Uważam, że powinniśmy to przedyskutować - powiedział perkusista, karcąc wzrokiem tego drugiego.
- Ale..
- To musi być decyzja całego zespołu a nie tylko twoja, Dan. Ben, wybacz nam na chwilę - po tych słowach pociągnął Dana za sobą zostawiając pozostałą dwójkę ze mną. Wyglądali na tak samo zdezorientowanych jak ja.

Danny's p.o.v.

James wepchnął mnie do małego pomieszczenia, które przylegało do sali, gdzie przesłuchiwaliśmy pozostałych gitarzystów.
-No co jest?
-Ty już dobrze wiesz co jest – syknął i zmierzył mnie podejrzliwym wzrokiem. Założył ręce na klatce piersiowej i wpatrywał się we mnie wyczekująco. - Czemu go chcesz?
-No, jest dobry i w ogóle. Świetnie gra – powiedziałem po prostu. No i oczywiście była to prawda. Kolejnym plusem było to, że zagrał coś od Journey, więc miał dobry gust muzyczny. Ale oczywiście było coś jeszcze. I nie był to talent.
-Nie pieprz głupot, Danny – powiedział ostro James. Kurwa, przejrzał mnie. Zawsze to robi. - A może to nie jego gra ci się spodobała tylko on sam, co? Widziałem jak się w niego wpatrywałeś.
- A co, nie mogłem? - powiedziałem wojowniczym tonem. - Podziwiałem, jak gra. Ma zręczne palce - w mojej głowie od razu pojawił się szereg brudnych myśli o tym, co mógłby mi nimi robić. Moje krocze zaczęło twardnieć.
- Danny, kurwa. Wiesz, jak z tobą jest. Pobawisz się nim dwa, trzy miesiące i wylejesz, bo ci się znudzi. Zawsze tak jest i nie udawaj, że jest inaczej.
- Postaram się, James. Serio. Chcę go mieć i to bardzo. No tylko na niego spójrz. Te loczki i oczy, i to, jak zagryzał wargę... Chcę go.
- Ale obiecaj mi jedno.
- Co?
- Jak go zostawisz, będę mógł skopać ci dupę.
- Pewnie. Byleby tylko był z nami w zespole - James westchnął tylko i wróciliśmy. Cameron i Sam przypatrywali nam się zaciekawieni. Wzruszyłem ramionami.
- Dobra, wchodzisz – powiedziałem, a oczy chłopaka rozpromieniły się.

Ben's p.o.v.

Piękne słowa wydobyły się z pięknych ust, które miałem ochotę teraz mocno ucałować.
Jeszcze wczoraj nie wiedziałem czy będę w stanie opłacić czynsz, a teraz jestem w dobrze prosperującym zespole, który będzie nagrywać płytę. Jeśli nie spieprzę sprawy, to wszystko będzie dobrze, a nazwisko Ben Bruce będzie znane na całym świecie.
Tylko był pewien problem. Ten chłopak, wokalista z kurewsko seksowną chrypą w głosie.
On...on kiedy na mnie spojrzał, poczułem jakby wszystko wokół mnie rozpłynęło się i liczył się tylko on. Jego oczy były przenikliwe i w odcieniu nieba. Nieba w ponury dzień. Były chłodne, ale kiedy nimi na mnie patrzył, to...cholera! Czułem jakby mnie nimi pieprzył. Proszę, niech to zrobi.
-Ben? - usłyszałem głos Camerona. -Witamy w Asking Alexandrii – powiedział przyjaźnie, objął mnie ramieniem i wręczył otwartą butelkę piwa.
-Taa, dzięki... - odparłem nieobecnym głosem, bo nadal czułem na sobie wzrok tamtego chłopaka.
-A tak w ogóle, to poznaj Sama, gitara basowa – wskazał na niskiego chłopaka z rudym zarostem, którego obejmował jak mniemam perkusista. Cameron przedstawił go jako James. Uśmiechnąłem się przyjaźnie i skinąłem głową. - A to pewnie jak już się domyśliłeś, jest Danny – pokazał na tą seksowną bestię w skórzanej kurtce. Zaraz...czy on pod nią nie miał żadnej koszulki?
I miał tatuaże. Kurewsko kocham tatuaże.
-Zawsze tak chodzisz bez koszulki? - wydusiłem głupio, gdy wolnym krokiem podszedł do mnie i Camerona. Jego wzrok znów zmierzył mnie z dołu w górę i na odwrót.
-Nie podoba ci się to co widzisz, Ben? - zapytał głosem bez emocji. Cholera, zawsze był taki opanowany?
Nie odpowiedziałem na jego pytanie. No bo co miałem odpowiedzieć? Że bardzo mi się podoba i mam ochotę robić z nim rzeczy, których nawet moje usta nie opiszą?
Proszę, nie patrz się tak na mnie. Nie patrz, onieśmielasz mnie.
Niezręczna cisza zapadła między nami. Ja wpatrywałem się w jakąś plamkę na moich butach, Cameron tylko stał i popijał piwo, a Danny tylko się we mnie wpatrywał. Znaczy czułem jego wzrok na sobie.
-To co, chłopcy? Idziemy uczcić wybór zajebistego gitarzysty? - zapytał entuzjastyczne Sam podchodząc do nas i tym samym ratując mnie z niezręcznie sytuacji. Boże, już uwielbiam tego chłopaka.
Wypuściłem powietrze z płuc, które nerwowo wstrzymałem i z uśmiechem przestałem na propozycję.
-Dosłownie obok jest całkiem przytulny bar, więc możemy walnąć kilka piwek - kontynuował rudzielec patrząc na mnie. - Musimy cię lepiej poznać jeśli masz zostać na dłużej niż trzy miesiące.
Uniosłem brew w zdziwieniu.
-Tak szybko zmieniacie gitarzystów? - zapytałem lekko poddenerwowany.
Chłopak już miał coś odpowiedzieć, ale wokalista przerwał mu chłodno i jakby ze złością w głosie.
-Chodźmy już lepiej na to piwo - warknął i wyminął szybko naszą trójkę.
Nic innego nie zostało nam jak zebrać się i pójść za nim.

~


Jak się okazało, bar był bliżej niż się spodziewałem. To tylko budynek obok.
Kiedy weszliśmy tam całą czwórka, Danny już podchodził do baru i zamawiał jakiegoś drinka, którego szybko dostał. Podeszliśmy do niego i zajęliśmy wolne krzesła przy barze. Ja zająłem jedno obok Danny'ego, a z jego drugiej strony usiedli James wraz z Samem, któremu perkusista musiał pomóc wejść na jedno z krzeseł, które było po prostu...za wysokie dla niego. Uśmiechnąłem się pod nosem widząc to.
-Są razem chyba od sześciu lat - powiedział Danny widząc, że zagapiłem się na nich. - Większej miłości i oddania nie widziałem nigdy.
Skinąłem jedynie głową na jego słowa i zająłem się piwem, które stało przede mną.
Normalnie jestem rozgadany, ale w obecności Danny'ego czuję się jak szara myszka. Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Albo inaczej...co takiego jest w nim, że tak na mnie działa. Szczególnie ten wzrok. Tajemniczy, nic nie mówiący albo to po prostu ja nie umiałem nic z niego wyczytać. Jego oczy były po prostu zimno-niebieskie i tyle, nic więcej.
Uh, nie wiem czemu tak bardzo one mnie fascynują, kiedy całokształt jest równie doskonały.
Jego włosy były w całkowitym nieładzie, spodnie były potargane w kilku miejscach, a jego twarz była pokryta trzydniowym zarostem. Innych pewnie taki wygląd by odstraszył, ale nie mnie. Pociągał mnie w każdym możliwym znaczeniu tego słowa, chociaż znałem go może od niecałych dwóch godzin. Był po prostu fascynujący, a ta aura tajemniczości sprawiała, że chciałem odkryć wszystko, co było w tym człowieku.
-Długo grasz? - zapytał i tym samym wyrwał mnie z wewnętrznego zachwytu nad jego osobą.
-Dziesięć lat - odpowiedziałem nerwowo, na co on prychnął pod nosem.
-Spokojnie, przecież nie gryzę - powiedział i jednym łykiem dokończył swojego drinka, a następnie odwrócił się do mnie twarzą. Cholera, nie. Automatycznie spuściłem wzrok na swoje kolana, ale jemu chyba się to nie spodobało, bo ujął mnie pod brodę swoją dłonią i uniósł twarz tak, że teraz musiałem na niego patrzeć, a on...uśmiechnął się.
-Opowiedz mi coś o sobie - poprosił.
-A co chcesz wiedzieć? Po prostu pytaj.
-Nie, nie. Kiedy ja mówię, że masz mi o sobie opowiedzieć, to to robisz, dobrze? - powiedział sztucznie miłym tonem, na co jedynie skinąłem głową przestraszony.
-Nie ma nic ciekawego, co mógłbym ci powiedzieć. Byłem w zespole, ale odszedłem, od dwóch lat mieszkam sam w małej kawalerce i jestem beznadziejnie nudny, pasuje?
-Nie - mruknął. - Ile masz lat?
-Dwadzieścia trzy.
-Świetnie.
-Coś nie tak?
Chłopak pokręcił głową i skinął na barmana, by podał mu kolejnego drinka.
-Nie, jestem po prostu rozbawiony.
-Moim wyglądem?
-Jesteś przystojny, nie wiem o co ci chodzi. Po prostu wyglądasz na młodszego ode mnie, a jesteś starszy - wyjaśnił.
-To samo mógłbym powiedzieć o tobie - powiedziałem nieśmiało. - Myślałem, że masz trzydziestkę.
-Ranisz mnie, mam piękne dwadzieścia jeden - zaśmiał się.
Taaak, bardzo ładnie się śmiał...
Po pewnym czasie w miarę się rozluźniłem w jego towarzystwie, a on sam przestał mnie onieśmielać.
A może to po prostu sprawa alkoholu. Wypiłem chyba dobrze ponad pięć piw jeśli dobrze pamiętam.
-Przepraszam na chwilkę - powiedziałem patrząc znacząco w stronę toalet. Zeskoczyłem z wysokiego barowego krzesła i lekko się zachwiałem, jednak silne ramię Danny'ego postawiło mnie do pionu.
Uśmiechnąłem się w podzięce nieśmiało i chwiejnym krokiem ruszyłem do toalety.
Wszedłem do pierwszej kabiny, która o dziwo była wolna, mimo iż bar pękał w szwach. Zrobiłem co miałem zrobić i zabrałem się za mycie dłoni. Spojrzałem na swoje lustrzane odbicie. Uch, nie lubię swojego wyglądu. Każdy mówi, że jestem słodki, uroczy i tym podobne. Z jednej strony to niby dobrze, bo to dawało mi do zrozumienia, że jednak nie jestem brzydki, ale z drugiej strony było minusem, bo w moim przypadku zaliczało się to do kategorii "nie prześpię się z tobą, bo jesteś zbyt słodki". Posłałem sam sobie współczujący uśmiech i już miałem wychodzić, ale ktoś zastawił mi drogę. Niezbyt przyjemnie wyglądający typ przypatrywał mi się bezczelnie.
-Przepraszam, chciałabym przejść - odezwałem się nieśmiało mając nadzieję, że to coś zadziała, jednak on raczej nie zamierzał ruszyć się z przejścia i nadal patrzył się na mnie drwiąco.
Próbowałem go jakoś ominąć, ale bezskutecznie.
-Co ty na to, żeby się troszkę zabawić? -odezwał się w końcu i nawet nie dał mi odpowiedzieć, kiedy przygwoździł mnie swoim ciałem do ściany, a jego biodra mocno przylgnęły do moich tak, że czułem na sobie jego erekcję.
-Puść mnie kurwa! - krzyknąłem i szarpnąłem swoim ciałem, ale bezskutecznie . On był za silny.
-Nie tak szybko - warknął mi wprost do ucha, a moment później poczułem jak jego dłoń wsuwa się do moich spodni.
-Proszę, zostaw mnie - prosiłem, ale nie słuchał. Jedynym dźwiękiem jaki unosił się wokół mnie był odgłos rozpinanego zamka w moich spodniach, a później jego. Ponownie próbowałem się wyrwać, ale znów nieskutecznie.
Zacisnąłem mocno powieki i oczekiwałem najgorszego, ale...nic nie nadeszło. Usłyszałem, że drzwi łazienki otwierają się, a ktoś oderwał ode mnie mojego napastnika.
-Nie rozumiesz, że jeśli ktoś mówi nie, to masz się odpierdolić? - usłyszałem znajomy głos.
Danny. Dzięki Bogu.
-Ubierz się i poczekaj za drzwiami - nakazał mi tym swoim chłodnym, ale opanowanym tonem, a ja zrobiłem, ci powiedział. Drżącymi dłońmi naciągnąłem spodnie i szybko wyszedłem za drzwi.
On sam zjawił się chwilę później, wycierając dłoń, która była pokryta krwią o kurtkę.
-Nic ci nie jest? - zapytał ciągle tym samym tonem przez który zacząłem drżeć jeszcze bardziej.
-Nie - oparłem cicho.
-Odprowadzę cię do domu. Chyba już dość wrażeń na jeden dzień. Gdzie mieszkasz?
-Camden Town - powiedziałem chcąc już jak najszybciej stąd wyjść.
-Cholera, to kawał drogi - był wyraźnie niezadowolony. - Idź na zewnątrz, a ja powiem reszcie, że wychodzimy.
Zrobiłem jak powiedział i już chwilę później stałem przed budynkiem i paliłem papierosa.
Kurwa, oficjalnie mam już dość tego dnia. A raczej nocy. Nawet nie wiem kiedy zrobiło się tak ciemno.
-Możemy iść - powiedział Danny kiedy zjawił się chwilę później u mojego boku, ale ja nie ruszyłem się z miejsca. Nadal paliłem opierając się o zimny mur budynku i obejmowałem się rękoma. Wzrok miałem utkwiony w tlącym się kawałku papierosa. - Co się dzieje? - czyżbym słyszał troskę w jego głosie? Zbliżył się do mnie na tyle blisko, że mogłem poczuć jego perfumy i położył dłonie na moich biodrach przyciągając bliżej siebie. Pozwoliłem sobie oprzeć czoło o jego, a dym, który miałem w płucach wydmuchałem wprost w jego uchylone usta po czym po prostu go pocałowałem.
Nie wiem co mnie do cholery podkusiło, ale to nie ważne. Ważne było to, że oddał pocałunek, który był...cudowny.
Po raz pierwszy całowałem mężczyznę.
-Zabieram cię dziś do siebie - powiedział kiedy przerwałem pocałunek.
Czy on chce...? Nie, kurwa, nie zgadzam się. Nie będę uprawiać z nim seksu. Nie po tym wszystkim, nie w takiej chwili.
-Spokojnie, nie to miałem na myśli - powiedział widząc pewnie moją przerażoną minę. - Prześpisz się u mnie, a rano odwiozę cię do domu - objaśnił, a mi ulżyło.
Chociaż nie do końca.
Cholera, to w końcu Danny Worsnop.
Chłopak o którym nie wiedziałem nic.

4 komentarze:

  1. aw urocze bardzo c: + nienawidzę was za to, ze trzeba wpisywac jakiś kod przy dodawaniu komentarza

    OdpowiedzUsuń
  2. No i gdzie następny?
    + Jasne, tylko się prześpi u niego, tak jakby Dan chciałby mieć go "tylko" na kanapie w swoim mieszkaniu. I w ubraniu. Ben może pomarzyć. A nawet jak będzie próbował wzbudzić zaufanie to.. Niedługo i tak się nim Worsnop ładnie pobawi.

    Najważniejsze: Dan ma szare oczy. Szare, nie niebieskie. Będę to zaznaczać, więc błagam, w następnych odcinkach nie walnijcie takiej gafy, co?

    Lynn_PL

    OdpowiedzUsuń